Wczesna emerytura – badania pokazują, że może nie jest ona najczęstszym celem inwestycyjnym, ale całkiem sporo osób marzy o życiu z pasywnego dochodu. Niektórzy mają plan: najpierw zgromadzić kapitał dający wolność finansową, a potem rzucić pracę, aby podążać za swoimi pomysłami na życie (np. nietypowy własny biznes). I w wielu przypadkach jest to właściwa kolejność – najpierw kasa, potem rzucenie pracy. Zwłaszcza, jeżeli nasze wymarzone pomysły na życie są górnolotne. I tak wiele osób zagryza zęby, oszczędza na wszystkim i inwestuje. I tak żyje do 40, 50 czy 60 roku życia. I czasem nie ma innego wyjścia.
Ale w wielu przypadkach nie ma sensu czekać ze zmianą ścieżki zawodowej. Sporo osób marzy o wczesnej emeryturze, bo po prostu nie lubi swojej pracy. Jeżeli naprawimy swoje życie zawodowe, może się okazać, że perspektywa wczesnej emerytury przestaje nas pociągać. A to może mieć duży wpływ na to, ile oszczędzamy i jak inwestujemy. W tym nietypowym odcinku opowiem Wam moją historię „od etatu do własnej firmy”. Dowiecie się, dlaczego chciałem rzucić etat, jak się do tego przygotowałem oraz jakie są blaski i cienie życia przedsiębiorcy.
Czy warto zamienić etat na własny biznes?
Czy warto zmienić etat na własny biznes? Niekoniecznie. Praca na etacie ma naprawdę wiele zalet. Co miesiąc dostajesz pensję, o 17:00 możesz trzasnąć drzwiami i nic cię nie interesuje. A jak jesteś chory, to bierzesz zwolnienie i tyle. Jeżeli na etacie jest Ci dobrze, to nic nie zmieniaj. Mniej więcej 2/3 ludzi pracuje na etacie a tylko 1/3 prowadzi swój biznes. I to jest OK. Nie każdy musi być przedsiębiorcą. Jeżeli nie czujesz potrzeby zmiany, to nie rób tego.
Kiedy warto rozważyć taką zmianę zawodową? Przede wszystkim wtedy, gdy formuła etatu jest dla nas za ciasna. Przykładowo, u mnie problemem było to, że przestałem lubić swoją pracę. Przez wiele lat byłem związany z bankiem a potem z domem maklerskim. Przez długi czas lubiłem to, co robiłem, ale z czasem to się zmieniło. Praca pod presją czasu i wyników, przy dość powtarzających się czynnościach, doprowadziły u mnie do wypalenia zawodowego. Najgorsze było to, że przez długi czas nie miałem pomysłu na siebie. Nie widziałem siebie ani w tej ani w innych firmach. W końcu zadałem sobie pytanie, co w obecnej pracy sprawia mi największą przyjemność. I szczerze sobie na nie odpowiedziałem. Lubię czuć się potrzebny, lubię rozwiązywać czyjeś problemy i widzieć, że komuś moja praca realnie pomaga. W końcu zapalił się we mnie pomysł – zmienię etat na własną działalność i będę dzielił się swoją wiedzą bazując na moim blogu. Jeżeli komuś będzie to pomagać i będzie skłonny mi za to płacić (w tej lub innej formie), to będę to robił. A jeżeli nie, to wrócę na etat – do tej lub innej branży. Zdradzę, że mój plan się powiódł, a jednym z filarów mojej działalności edukacyjnej jest obecnie konferencja Pasywna Rewolucja.
Kiedy rzucić etat?
Kiedy rzucić etat? Przede wszystkim lepiej nie rezygnować z etatu od razu. Jeżeli masz taką możliwość, próbuj jak najdłużej ciągnąć równolegle etat i swój dodatkowy projekt. Jeżeli okaże się, że jesteś w stanie pogodzić jedno z drugim, jesteś w bardzo komfortowej sytuacji. Są ludzie którym się to udaje. Przykładowo, Jacek Lempart, z którym współtworzę atlasETF, nadal poświęca część czasu na realizację projektów z zakresu IT. Spójrzcie na Mateusza Samołyka – pracuje na etacie a jednocześnie prowadzi bloga i pisze książki. Albo Marcin Podlacki – pracuje dla Comparic, a jednocześnie rozwija swój kanał na YouTube. Możecie zacząć prowadzić blog, kanał na YouTube czy profile w mediach społecznościowych. Spójrzcie na Tomasza Wyłudę – to ekonomista, który pracuje na etacie i udziela się na X-ie. Jego profil obserwuje prawie 30 000 osób. To świetny zasób zarówno do budowania pozycji na rynku pracy ale też potencjalnie własnych projektów.
Możliwość pogodzenia pracy i „aktywności na boku” w dużej mierze zależy też od tego, czy to, co robisz „po godzinach”, nie rodzi konfliktu interesów względem pracodawcy. Jeżeli twoja dodatkowa aktywność jest w zupełnie innej branży – to idealna opcja. Ja pracowałem akurat w domu maklerskim, a mój blog był o inwestowaniu, więc nie miałem tego komfortu. Musiałem na prawdę uważać, co piszę, bo mogłem narobić kłopotów mojej firmie. Finalnie etat i blog prowadziłem równolegle przez około 2 lata. W pewnym momencie blog zaczął być bardzo absorbujący. W końcu musiałem zdecydować: albo skupiam się na pracy i daję sobie spokój z blogiem albo odchodzę i spróbuję na zająć się moimi projektami na poważnie. Co mnie finalnie zmotywowało? Myśl, że „jeśli nie spróbuję teraz, to kiedy – mam prawie 40 lat, sporo doświadczenia, a jednocześnie jeszcze jestem młody”. To idealny czas na podjęcie ryzyka. Bałem się, że jeżeli teraz nie spróbuję, to potem będę żałował, że nie dałem sobie szansy.
Jak przygotować się do zamiany etatu na własną działalność?
Jak przygotować się do zmiany z etatu na własny biznes? Przede wszystkim warto wyznaczyć sobie jakiś plan, przyjąć jakieś „kamienie milowe” i osadzić to w czasie. Przykładowo, ja dałem sobie 6-12 miesięcy, aby rozkręcić swój projekt. Zakładałem, że jeżeli w tym czasie nie będzie efektów, to daję sobie spokój. Najwyżej powiem sobie „trudno, nie udało się, próbowałem, ale jakoś się wyliżę – wrócę gdzieś na etat z podkulonym ogonem, na jakiegoś juniora, ale z czasem się zakręcę i jakoś się ułoży.” Swoją drogą, nie warto palić za sobą mostów. Ale też liczyłem się z tym, że gdyby powrót na rynek finansowy się nie udał, będę musiał zmienić branżę.
Muszę przyznać, że ostatecznie nie dotrzymałem swoich założeń. 🙂 Właściwe efekty nie przychodziły, ale czułem, że jest postęp. Dlatego nagiąłem swoje założenia i dałem sobie więcej czasu. Finalnie dopiero po 1,5 roku stwierdziłem, że jest OK, więc kontynuuję projekt. Z perspektywy czasu nie żałuję, że nieco nagiąłem swój plan. Opłaciło się jeszcze poczekać. Ale, mimo wszystko, trzeba koniecznie dać sobie jakieś ograniczenia, żeby nie okazało się, że nasz pomysł na biznes był zły, a my przepaliliśmy wszystkie pieniądze i musimy iść pod most. 🙂
Druga ważna sprawa, to poduszka finansowa. Warto zgromadzić taką kwotę, która pozwoli nam pokryć koszty życia przez zakładany czas, kiedy nie będziemy osiągać dochodów. Ja planowałem dać sobie 6-12 miesięcy, ale miałem przygotowane oszczędności, które pozwolą mi przetrwać dłużej – nawet kilka lat życia. Tak na wszelki wypadek. Na pewno pomocne było to, że w tamtym czasie nie miałem kredytu hipotecznego. Z nim moje koszty życia byłyby większe, więc moja poduszka też musiałaby być grubsza. Ale z hipoteką na głowie też da się to zrobić. Dowodzi historia na przykład Marcina Iwucia – dzielił się nią na swoim blogu.
Dodatkowym zabezpieczeniem było to, że moja żona wtedy pracowała, więc nasza rodzina miała jeden dochód. Zawsze coś. Pomagała mi też świadomość, że mam rodzinę, więc gdyby nawet wszystko zawiodło, to liczyłem że nie dadzą mi umrzeć z głodu i jakby co podrzucą czasem jakąś zupę albo chleb ze smalcem. 🙂 Śmieję się, ale na prawdę czułem, że w razie czego rodzina nie pozwoli mi zginąć.
To co było dla mnie najtrudniejsze, to „poświęcić karierę”. Mimo trudności miałem jednak w miarę udaną ścieżkę zawodową, w tym zdany egzamin maklerski, który kosztował mnie sporo wysiłku. A im dłużej jesteś poza rynkiem, tym trudniej wrócić. Trudno było mi zaryzykować te wszystkie lata, w których zdobywałem swoją pozycję. Bałem się też, że w głupi sposób przepalę pieniądze, ale najbardziej bałem się, że właśnie stracę swoją „markę”.
Trudne też było to, że prawie nikt mnie nie rozumiał. Przykładowo, moja siostra, gdy dowiedziała się o moim planie wyraziła się nim bardzo sceptycznie „aha, więc chcesz odejść z etatu i prowadzić bloga, tak? aha, hmm, jasne”. Inni podobnie. Z perspektywy czasu rozumiem ich niewiarę, bo nie rozumieli czym dokładnie się zajmuję i nie potrafili ocenić szans na powodzenie. Jedyną osoba, która mnie wspierała była moja żona. Ona była blisko mnie i była najlepiej zorientowana, co robię. I w 100% mnie popierała. I to było dla mnie bardzo ważne. Gdyby nie to, nie wiem, czy bym się zdecydował. Uważam, że taka decyzja zawsze powinna być podjęta w zgodzie z drugą połówką, bo przecież to nasze wspólne życie i moje decyzje mają wpływ nie tylko na mnie, ale też całą rodzinę.
Blaski i cienie własnego biznesu
Jakie są blaski i cienie własnego biznesu?
Zacznę od cieni. Pierwszy okres, czyli mniej więcej 1,5 roku był dla mnie bardzo stresujący. Okazało się, że dość słabo się przygotowałem. Miałem z grubsza obrany kierunek, ale w praniu wyszło, że mój plan był bardzo ogólny. Słabo zaplanowałem, z czego dokładnie będę miał przychody. Kosztowało mnie to wiele stresu. Nie miałem obawy, że zabraknie mi oszczędności. Po prostu miałem wątpliwości, czy nie marnuję swojego czasu. Czy mój pomysł nie jest utopią. Czy nie przepalam głupio pieniędzy. Te wątpliwości nawiedzały mnie bardzo często. Do tego stopnia, że w tym pierwszym okresie byłem nawet na kilku rozmowach o pracę. Myślałem że, może uda się jednak dzielić etat i mój projekt? Jeżeli dostanę dobrą ofertę, to może będzie to znak, że powinienem jednak dać sobie spokój z moim planem i wybrać ścieżkę pośrednią lub po prostu „zawrócić”. Ale okazało się, że moja wizja nikomu się nie spodobała. Wszyscy szukali osoby, która będzie chciała skupić się w 100% na pracy, a nie dzielić czas pomiędzy pracę i inne projekty. Z perspektywy czasu rozumiem ich. W innej branży może byłoby o to łatwiej, ale sektorze finansowym raczej się tego nie praktykuje. Także pomysł typu „barista-fire” w instytucjach finansowych raczej odpada.
Miałem dylemat, w którym momencie zarejestrować własną działalność. Dopóki nie masz przychodów płacenie składek ZUS boli. Ale jak nie masz działalności, to nie jesteś ubezpieczony. Owszem, można wykupić dobrowolne ubezpieczenie w ZUS, ale w tamtym czasie nie pomyślałem o tym. Również dlatego, że moja żona prowadziła działalność, więc z tego tytułu mogłem -jako jej mąż- mieć dostęp do lekarzy. Ale jeżeli nie macie takiej opcji, brak ubezpieczenia może być stresujący. Ja początkowo nie miałem otwartej działalności. Otworzyłem ją dopiero, gdy na horyzoncie pojawiły się pierwsze przychody. Na marginesie, nasze prawo podatkowe jest nieco skomplikowane, więc uważajcie, bo jeżeli nie macie dochodu, ale podejmujecie zorganizowane działania, to z punktu widzenia ZUS-u prowadzicie firmę i powinniście płacić składki. Nie będę tego rozwijał, ale warto o tym poczytać. Ale warto też wiedzieć, że młode firmy mniej więcej przez pierwsze 2 lata mogą liczyć na „mały ZUS” i inne przywileje. Dzięki temu start ze swoim biznesem w Polsce nie jest aż taki trudny. Musiałem też nauczyć się, jak rozliczać podatki, choć przy ryczałcie okazało się to akurat dość łatwe. A panie w ZUS i urzędzie skarbowym są dużo milsze niż się powszechnie sądzi. 🙂
Trudne było dla mnie też to, że wcześniej przez wiele lat miałem bardzo dużo kontaktu z ludźmi. Jestem raczej „zwierzęciem stadnym” i w pracy mogłem się wygadać. 🙂 A pracując z domu, kontakt z innymi był ograniczony. Efekt był taki, że czułem się trochę samotny. Rozważałem wynajęcie biura, gdzie wielu przedsiębiorców pracuje obok siebie. Ale finalnie się na to nie zdecydowałem. Nie chciałem tracić czasu na dojazdy i ponosić kosztów wynajmu. Zwłaszcza, że w domu miałem możliwość zorganizowania „biura”. A poza tym mniej więcej po roku przestałem aż tak tęsknić za ludźmi. Chyba po prostu zdziczałem. 🙂 Mniejsza ilość kontaktu z ludźmi zaczęła mi odpowiadać i tak jest do dziś. Dla jasności, mam całkiem sporo kontaktów z ludźmi – chociaż głównie przez maila czy komunikatory. Ale regularnie chodzę na spotkania branżowe. Natomiast na co dzień obok mnie są tylko żona i dzieci. Ale to mi wystarcza.
Po przejściu na działalność brakowało mi też codziennego dojeżdżania do pracy rowerem. Do pracy miałem około 0,5 h jazdy – idealna odległość, żeby trochę się poruszać. Dobrze mi to robiło. Na miejscu był prysznic, co było bardzo wygodne. Po rezygnacji z etatu, nikt mi nie bronił takich wycieczek. Ale jednak już nie wsiadałem codziennie na rower. Brakowało mi dobrej organizacji czasu, aby ten rower zmieścić. Ale obecnie znajduje czas na sport i dobrze to na mnie działa.
A jakie są blaski własnego biznesu? Przede wszystkim czuje się dużo bardziej wolny. Prowadzę projekty na własnych zasadach. Sam ustalam zasady gry, nikt nie wywiera na mnie presji, abym realizował czyjeś cele. Sam je sobie wyznaczam. Mogę dobierać projekty według tego, które mi się podobają – dzięki temu się nie nudzę. I dzięki temu ryzyko wypalenia jest mniejsze. Obecnie lepiej też wykorzystuję moje mocne strony, co zasadniczo dobrze wpływa na zarobki. Obecnie finansowo wychodzę lepiej niż pracując na etacie. Ale trzeba pamiętać, że był czas, gdy nie miałem żadnych przechodów lub były niewielkie. Gdyby uśrednić cały ten okres, różnica nadal jest korzystna, ale nie jest gigantyczna.
Obecnie jestem też panem swojego czasu. Gdy potrzebuje coś w ciągu dnia załatwić, po prostu robię to. Taka elastyczność to naprawdę duży plus, zwłaszcza jeżeli ma się rodzinę. Obecnie mogę ustalić rytm dnia tak, abym był bardziej efektywny. Codziennie o 12:00 robię sobie przerwę i biegam. Dzięki temu po południu dużo lepiej funkcjonuję. Chociaż muszę dodać, że obecnie pracuję więcej niż wtedy, gdy byłem na etacie. Z jednej strony, lubię to co robię. Ale czasem jednak czuję przesyt. Dlatego ostatnio zaczynam myśleć o automatyzacji pewnych rzeczy lub delegowaniu na zewnątrz. Tak, żeby nadać robić to, co lubię, ale odzyskać nieco czasu wolnego.
Czy nie żałuję przejścia z etatu na własny biznes? Na obecnym etapie – absolutnie nie. Bardzo się cieszę, że podjąłem ryzyko. Bilans oceniam jako bardzo korzystny. Wiele osób ma plan, żeby najpierw osiągnąć wolność finansową, a dopiero później rozważyć rezygnację z nielubianej pracy. Ja bym tak nie umiał. 🙂 Nie wyobrażam sobie zagryzać zęby i tkwić pracy, której nie lubię tylko po to, żeby z czasem uzbierać pieniądze, które pozwolą mi z niej zrezygnować. To poza moim zasięgiem. 🙂 Dla mnie zdecydowanie ważniejsze jest to, żeby robić to, co lubię i cieszyć się życiem już teraz. Nawet gdyby miało to oznaczać, że moja „wolność finansowa” odsuwałaby się w czasie.
Podsumowanie
Podsumowując, etat ma wiele zalet i polecam go większości. Ale jeżeli nie pozwala Ci on rozwinąć skrzydeł, rozważ własny biznes. Nie po osiągnięciu wolności finansowej – tylko już teraz! Jeżeli jest taka opcja, próbuj jak najdłużej łączyć etat z nową aktywnością. Zanim zdecydujesz się na odejście z etatu, warto się do tego przygotować. Zbuduj poduszkę finansową, zaplanuj przychody oraz określ, ile dajesz sobie czasu albo w jakich okolicznościach rzucisz ręcznikiem. Warto też mieć przemyślany plan awaryjny, czyli co zrobisz, jeżeli jednak Ci nie wyjdzie. Wrócisz na etat? Zmienisz branżę? Jeżeli masz to wszystko przemyślane, to według mnie jesteś gotowy.
Na początku wspomniałem, że podjąłem ryzyko rzucenia etatu, aby móc realizować własne projekty i dzielić się wiedzą. Obecnie jednym z filarów mojej aktywności edukacyjnej jest konferencja Pasywna Rewolucja. W dniach 8-9 października odbędzie się jej 5. edycja. Odbędzie się 27 wystąpień. Wśród prelegentów – wyśmienici eksperci, w tym Deborah Fuhr czy Jacek Lempart. Ale będą też goście specjalni, jak Bogdan Góralczyk (ekspert geopolityki) czy Grzegorz Kołodko, były Minister Finansów. A udział online jest całkowicie bezpłatny! Link do rejestracji znajdziecie poniżej. 😉




Super. Gratuluję wytrwałości.